|
Ze sceny do biznesu
Rozmowa z Tadeuszem Dudojciem, właścicielem firmy Euro-Centrum-Tadeusz, zachodniopomorskiego dealera Volkswagena i Skody oraz partnera serwisowego Audi. Jak trafił pan do branży
motoryzacyjnej? Wcale jej nie szukałem. Ale dzięki
temu, że mój ojciec Stefan był związany z kowalstwem i
motoryzacją, miałem z nią kontakt odkąd pamiętam. Jako dziecko
każde wakacje spędzałem w warsztacie ojca. I nie poszedł pan od razu w jego
ślady? W szkole średniej dzięki polonistce
Marii Rudeckiej odkryłem, że mam raczej umysł humanistyczny niż
techniczno-matematyczny. Stałem się takim szkolnym artystą. Były
występy na akademiach szkolnych, statystowałem w Bałtyckim Teatrze
Dramatycznym. W końcu dostałem się do Państwowej Wyższej Szkoły
Teatralnej w Warszawie.
Udało mi nawet się pracować u boku
Adama Hanuszkiewicza przy spektaklu „Dekameron” Bocaccia. To
ważny moment w moim życiu. Pracując z aktorską pierwszą ligą
skupioną wokół Teatru Narodowego usłyszałem pytania: co tu
robisz jeśli twój ojciec ma firmę samochodową? Okazało się, że
biorąc pod uwagę możliwości finansowe, oni mi tego zazdroszczą!
Po roku doszedłem do wniosku, że za pieniądze zarobione w teatrze
nie utrzymam się i zdecydowałem się na powrót do domu.
Jakie były pana początki w
zawodzie?
U ojca w warsztacie dostałem kawałek
miejsca, gdzie zająłem się lakierowaniem, bo nie chciałem, tak
jak on, być mechanikiem. W 1983 roku, mając 24 lata, za zgodą
ówczesnego prezydenta Koszalina zostałem oficjalnie rzemieślnikiem.
Wtedy też poznałem Joannę - żonę i partnerkę w interesach,
która z wykształcenia jest inżynierem mechanikiem konstruktorem.
Nasza działalność dobrze się
rozwijała, m. in. dlatego, że Polmozbyty były wtedy niewydolne. W
1986 zacząłem myśleć o powiększeniu biznesu, ale prezydent
miasta mnie przystopował i nie dostałem na to zgody.
W Polsce nadeszły wtedy lata marazmu.
W efekcie w 1986 roku wyjechaliśmy z kraju z zamiarem, że już nie
wrócimy. Mieliśmy uciec do USA lub Australii, ale skończyło się
na tym, że zostaliśmy w Niemczech. Trafiłem do koncernu
chemicznego Akzo Nobel. Zacząłem pracę w dużej lakierni, gdzie
wręcz chłonąłem wiedzę. Lakiernia świadczyła usługi dla
niemieckich dealerów samochodowych. Jej prezes zaakceptował moje
pochodzenie, a my z żoną prawie dostaliśmy prawo pobytu.
Stamtąd wciąż daleko do własnej
sieci salonów samochodowych.
Nadszedł rok 1989 roku. W Polsce
wszedł w życie pakiet Wilczka i za rządów Rakowskiego wróciłem
do kraju, żeby zobaczyć co tu się dzieje. Gdy wszedłem do
warsztatu rodziców, który był wtedy wynajmowany, wydał mi się on
szary i malutki. Aż zrobiło mi się żal. W tym czasie
uczestniczyłem w kontrakcie sprzedaży samochodów dla Orbisu.
Wiedząc, że w Polsce zapowiadają się duże zmiany postanowiliśmy
z żoną, że wracamy. Niemcy, którzy w międzyczasie już przyznali
nam prawo pobytu nie mogli pojąć, że nie chcę u nich zostać.
W 1989 roku oddajemy w Koszalinie do
użytku salon volkswagena. Na początku 1990 roku mamy lakiernię i
zakład mechaniczny. W 1991 roku jesteśmy już dealerem VW. Byliśmy
dla nich idealną parą - nabraliśmy praktyki i poznaliśmy branżę
w Niemczech.
Jak wygląd pana firma
Euro-Centrum-Tadeusz dzisiaj?
W ubiegłym roku znaleźliśmy się na
62 pozycji w kraju wśród wszystkich, tj. ok. 1,5 tys. dealerów. i
na drugim miejscu w województwie pod względem liczby sprzedanych
samochodów. Łącznie w Koszalinie, Słupsku i Szczecinie mamy
dziewięć salonów samochodowych i punktów serwisowych. Tylko na
zasadzie umów o pracę pracuje u nas ok. 130 osób. Do tego dochodzą
osoby na umowę zlecenie i uczniowie.
Oprócz biznesowych, ma pan też
doświadczenia polityczne.
W 1998 roku startowałem do senatu.
Miałem bardzo wysoki wynik - 23 tys. głosów. Wystartowałem jako
zupełnie zielony w polityce i przekonałem się, że najwięcej
wrogów ma się we własnej partii i że przedsiębiorcy są w
partiach niemile widziani. Nie można mieszać biznesu i polityki.
Teraz, prowadząc rzetelnie biznes, mogę politykowi z każdej opcji
podać rękę.
A co robi pan w czasie wolnym?
Mam swoje miejsce na stadionie
olimpijskim w Berlinie - jestem na meczach Herthy. Lubię też zapasy
i piłkę nożną oraz lekką atletykę.
Czy zdradzi nam pan plany lub
postanowienia na 2010 rok?
Razem z żoną, która jest
wiceprezesem, żegnamy się w przyszłym roku z zarządem firmy.
Oddamy ją w ręce zewnętrznych członków zarządu, a sami
sprawować będziemy nadzór właścicielski. Będziemy wtedy
zdecydowanie bardziej mobilni. Będę mógł m. in. poświęcić
więcej czasu Ogólnopolskiemu Związkowi Dealerów Samochodowych,
którego jestem współtwórcą i założycielem. Mamy wiele do
zrobienia - nieunormowana jest sprawa leasingu, tego na jakich
zasadach jeździć z kratką i czy można odliczać VAT od paliwa.
tekst i fot. mab
|